Czy wiecie co to JUMAR ?… a SHUNT ??? !!!

We wtorek 24.07.2007 o godzinie 2030 spotkali się na dworcu, by w 15 chłopa wsiąść do pociągu i nim dotrzeć do Jeleniej Góry a następnie busem do Szklarskiej Poręby. Podróż była bardzo długa ale w końcu jechali na dziesięciodniowy survival. Po piętnastu godzinach dojechaliśmy do hotelu „Rzemieślnik” – naszego miejsca zamieszkania przez kolejne 5 dni.
Plan dnia był prosty: rozgrzewka/trening samoobrony, śniadanie, zajęcia w Szkole Górskiej „Quasar”, obiadokolacja, zajęcia strzeleckie lub gra w paintball. W ośrodku górskim spędzaliśmy czas na szkoleniu z podstaw wspinaczki pod czujnym i srogim okiem pana Darka. Poznaliśmy takie atrakcje jak wahadło, mosty wiszące, zjazd tyrolski, braliśmy udział przeprawie nad urwiskiem, wspinaczce na ściance i naturalnej skale. Było ciężko.
Ostatniego dnia pobytu w ośrodku „Rzemieślnik” wybraliśmy się do aquaparku w Czechach. Była zapowiadana rowerowa wycieczka do Czech, niestety wystąpiły problemy związane z pogodą i wypożyczalnią pojazdów. Ośrodek „Babylon” w którym znajdował się basen był ogromny i było tam wszystko oprócz parkingu podziemnego. Było bardzo fajnie, lecz trochę za krótko…
Następny dzień był chyba najgorszy ze wszystkich. Dostaliśmy prowiant który miał nam starczyć do końca obozu. Czekała nas całodzienna górska wyprawa. Dlaczego całodzienna? No cóż, 42 kilometry nie przechodzi się w dwie godziny. Nie było łatwo, deszcz na Szrenicy 0 stopni Celsjusza lecz gdy doszliśmy do celu którym było schronisko „Samotnia” byliśmy z siebie dumni. Rano zjedliśmy śniadanie, po czym przeszliśmy ok. 10 kilometrów, Na zajęcia wysokościowe w Karpaczu w Ośrodku Sportów Ekstremalnych Quasar-Orlinek (wahadło: małe i duże, tyrolka 250m, pionowy zjazd 45m). Czas spędziliśmy bardzo przyjemnie. Następnie samochody terenowe przetransportowały nas do schroniska „Szwajcarka” w Sokolikach, obok którego mieliśmy nocować w namiotach.
Naszymi głównymi zadaniami na biwaku w nocy było: utrzymywanie ognia, trzymanie warty (każdy namiot po godzinie). Rano zjedliśmy własnoręcznie przyrządzone śniadanie składające się z tego, co nam zostało z prowiantu. Następnie wybraliśmy się na trening wspinaczki i zjazdów już na naturalnej skale ze stanowisk, które sami założyliśmy. Nie było łatwo. Gdy już to wszystko się skończyło czekała nas ostatnia noc w namiotach, ostatnie śniadanie i wyjazd. Podróż pociągiem tym razem była znośna i oczekiwany powrót nareszcie nadszedł.
Nie ominęły nas także wypadki np. skaleczenie palca podczas krojenia chleba, ale właśnie to czyni obóz przetrwania obozem przetrwania. Należy podziękować kadrze oraz instruktorom wspinaczki, ponieważ dzięki nim survival by się nie odbył.